Przejdź do głównej zawartości

"Wielki Marty", czyli Wielkie Oczekiwania - recenzja

     Człowiek z wielkim talentem i wielkim ego, dla którego najważniejszy jest on sam. Człowiek, który jest najlepszy w tym co robi. Człowiek, który nie cofnie się przed niczym, żeby osiągnąć swój cel. Człowiek, który zawsze postawi na swoim i nie zrobi niczego wbrew sobie. I wreszcie człowiek, którego niesamowicie gra Timotheé Chalamet. Do tego opisu pasują dwaj główni bohaterowie dwóch znakomitych filmów, które wyszły w ciągu ostatnich 2 lat. Ciekawe, prawda?
    Recenzję tego pierwszego ("Kompletnie Nieznany") możecie zobaczyć tutaj, a dzisiaj zabieram się za recenzję drugiego pt. "Wielki Marty"


    Film opowiada o aspirującym graczu tenisa stołowego - Martym Mauserze, chłopaku z wielkim talentem, ale bez kasy. Robi on więc wszystko, żeby tę kasę zdobyć, potrzebuje 1500 $ na lot na mistrzostwa świata do Japonii. Robi dosłownie wszystko, nie cofnie się przed niczym, chce wygrać turniej w Tokio i pokazać japońskiemu rywalowi, że mimo wcześniejszej przegranej, to on jest lepszy.

    Film zdobył już kilka nagród, a do wielu kolejnych został nominowany. Oprócz tego widziałem praktycznie same świetne recenzje, mówiące, że to film roku, że to najlepsza rola Timotheégo. Mój hype przez cały styczeń urósł więc w kosmos, moje oczekiwania były wielkie. I muszę powiedzieć, że trochę się zawiodłem. Owszem, jest to naprawdę świetny film, co zresztą zaraz jeszcze wiele razy powtórzę, ale oczekiwałem czegoś na miarę "Kompletnie Nieznanego" (zarówno pod względem aktorskim, jak i fabularnym), któremu "Wielki Marty" nie dorasta do pięt. Żeby nie było, aktorsko jest naprawdę cudownie, Timotheé dowozi, ale jako Bob Dylan podobał mi się zdecydowanie bardziej.
    Jeśli chodzi o fabułę to tutaj mam już więcej zarzutów. Przez większość czasu film wciąga, ale niektóre sceny i wątki są przeciągane na siłę. Nie podobał mi się na przykład wątek z psem, który moim zdaniem był tu zupełnie niepotrzebny. Chętnie zobaczyłbym za to więcej gry w tenisa stołowego, którego fragmenty oglądało mi się świetnie, mimo że to była moja pierwsza styczność z jakąkolwiek profesjonalną reinkarnacją tego sportu. Gdy Marty grał, siedziałem w fotelu z zapartym tchem i czekałem na każdy kolejny punkt. Uważam, że jak na film o tenisie stołowym, było go tu po prostu trochę za mało. Bardzo podobało mi się za to zakończenie, które uważam za najlepszy punkt produkcji. Seans nie dłużył mi się wcale, na zegarek praktycznie nie patrzyłem, bo mimo tych paru wad historia była naprawę wciągająca i skłaniająca do kibicowania głównemu bohaterowi (nie tylko podczas gry 😁). 


+ znakomita obsada i gra aktorska, szczególnie Timotheé Chalamet
+ świetnie pokazane mecze tenisa stołowego
+ zakończenie
+ wciągająca fabuła
+ główny bohater, któremu chce się kibicować

- niektóre sceny i wątki przeciągane na siłę
- momentami za szybkie tempo filmu
- za mało ping-ponga
- słabo oddany klimat lat 50tych w USA

    Ten film miał premierę w 2026 roku i trwa 2h 29min. Jego reżyserem jest Josh Safdie.

    Moja ocena tego filmu to 8/10.

    Dziękuję za przeczytanie recenzji!

Komentarze

  1. Ciekawa recenzja!zachęca do obejrzenia filmu, inspiruje do własnych obserwacji i przemyśleń!
    Dziękuję za polecenie i pokazanie mocnych i słabszych stron filmu.
    Gratuluję wnikliwych rozważań.
    Na pewno zainteresowałeś tymi przemyśleniami do obejrzenia filmu i wysnucia własnego zdania!Dziękuję ❤️

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Chopin, Chopin!", czyli największy polski kaszel - recenzja

      W piątek wybrałem się do Kina Centrum w CSW w Toruniu na pokaz filmu "Chopin, Chopin!" , któremu towarzyszyła dyskusja z filmoznawczynią prof. Sylwią Kołos. Film, mimo wielu negatywnych opinii, naprawdę mi się podobał. Zapraszam na recenzję.      Może dla odmiany zacznę od wad, bo film oczywiście nie jest idealny i takowe ma. Po pierwsze, próbuje być mocno kontrowersyjny, skupiając się nie tyle na życiu artysty, co na jego chorobie, radzeniu sobie z nią i wrzucając parę mocniejszych, naturalistycznych scen ją pokazujących. Niestety, ta kontrowersyjność niezbyt dobrze wychodzi. Owszem, pomysł oparcia fabuły właśnie na chorobie jest bardzo ciekawy, ale jeśli twórcy już chcieli pójść w tę stronę, mogli zrobić coś na kształt "Substancji" , tylko że polskiej (i lepszej...), czyli dać nam więcej naturalistycznych scen Chopina zmagającego się z gruźlicą. Drugą wadą jest sam koniec filmu, parę jego ostatnich sekund, które całkowicie wybija z rytmu i psuje od...

"Superman", czyli nadzieja dla DC - recenzja

      Wróciłem z kina, zjadłem kolację, zrobiłem sobie herbatę, włączyłem muzykę z nowego "Supermana" i od razu usiadłem do pisania recenzji, żeby podzielić się z Wami moimi wrażeniami z nowego, oficjalnego startu DCU Jamesa Gunna. Zapraszam więc do czytania.     Jak już mówiłem film rozpoczyna nowe, zrestartowane uniwersum DCU. Opowiada on o Supermanie, który pod tym pseudonimem działa już od 3 lat. Po powstrzymaniu przez niego ataku Boravii na bezbronne państwo, krąży wokół niego wiele kontrowersji, ponieważ Boravia to sojusznik USA. Lex Luthor w wojnie Boravii ma swój interes, więc postanawia unicestwić Supermana, żeby ten więcej nie wtrącał się w politykę. Ujawnia więc pewne nagranie, które  nastawia całą opinię publiczną przeciwko Supermanowi oraz nasyła na niego swój nowy twór - supermocnego Ultramana.     Film jest resetem nie tylko uniwersum DC, ale także samej postaci Supermana, który jest tu zdefiniowany zupełnie na nowo - jako człowiek...

"The Last of Us" S2 - SPOILEROWA recenzja

      Właśnie skończył się 2. sezon serialu "The Last of Us" i cóż, był całkiem dobry, ale niestety gorszy niż 1. Od razu mogę powiedzieć, że nie grałem w gry, więc nie spodziewajcie się tu kolejnej recenzji z serii "O nie, Ellie nie jest taka jak w grze", tylko oceny samego serialu, tego jak sobie radzi jako samodzielny byt. Zapraszam więc na recenzję.      Jako że jest to spoilerowa recenzja, nie będę zagłębiał się w opisy fabuły, bo jeśli to czytasz to powinieneś ją chyba znać ;).      Zacznijmy od obsady. Wybitny Pedro Pascal, który idealnie pasuje do roli. Chociaż nie było mu dane długo pograć, każda jego wypowiedziana kwestia, każde jego spojrzenie, podwyższało jakość odcinka. Jest też bezbłędna Catherine O'Hara, dzięki której pojawiał mi się uśmiech na twarzy. Każdą scenę wykonywała idealnie i wprowadzała dobrą energię do serialu. Isabela Merced również dawała radę, udawało jej się rozwijać postać Diny, która z każdym odcinkiem powoli...